Gdy idzie ścieżką życiowych trosk, zgarbiony własnym losem, ziemi niemal dotyka, dźwigając wielki kosz, to tak jest nim przeciążony, że ledwo dźwiga go i ledwo dźwiga własny wzrok, utkwiony pod tym koszem. Wbija go wciąż we własne ślady, gdzie nic wyczytać nie może, bo w nich nie zdoła dostrzec, że ponad nim jest jeszcze coś, coś więcej, co mu pomoże, co wyprostuje plecy, co wyprostuje każdy los. Pozwoli unieść głowę wyżej, ujrzeć ten ciężar w innym świetle, lecz on zgarbiony idzie, pod własnym koszem trosk, który go z każdym dniem do ziemi bardziej gnie. W takim stanie dojrzeć nie może , że gdzieś ktoś nad nim jest, że gdzieś ktoś nad nim czuwa i w takim stanie nie ujrzy, gdy jego wzrok wpatrzony jest, tylko we własnej drogi krąg, Gdzieś w głębi serce tylko kołacze i nieraz chciałoby spojrzeć w górę, lecz trudno jest mu uwolnić je, nawet na jedną, małą chwilę. Zbyt mocno uwięzione, pod tą codzienną, życiową postawą, ukryte pod tym ciężarem i choć tak pragnie, wyjść nie może, już n...